Paryskie początki
| |
W pewien szary, deszczowy i zimny dzień listopadowy 1833 roku przez Porte Vincennes przybył do Paryża dyliżans pocztowy z Nancy. Wśród jego pasażerów znajdował się pan Izaak Eberst, kantor gminy żydowskiej w Kolonii, wraz z dwoma swymi młodymi synami. Z trzech zamierzonych projektów, jakie mu przyświecały, gdy przed niemal tygodniem wybierał się był w kosztowną i uciążliwą podróż, żaden nie miał się zrealizować. Starania o uzyskanie stanowiska kantora przy pewnej synagodze paryskiej spełzły na niczym; najstraszy syn jego, Juliusz, nigdy nie stał się bogatym hurtownikiem, do którego to zawodu ojciec widział go — we własnych marzeniach — tak uzdolnionym, a młodszy, Jakub, nigdy nie zdołał dźwiękiem swej wiolonczeli zaćmić świetności skrzypiec Paganiniego czy fortepianu Liszta. A jednak wysłuchał przecież Bóg modlitw Izaaka i — choć okólnymi drogami — spełnił wszystkie jego oczekiwania, gdy w czterdzieści lat później zlał obficie swe łaski na małego Jakuba i uczynił go symbolem całej epoki: tym, który oczarował i odczarował drugie cesarstwo, chwalcą Wielkich Bulwarów, wielkim kompozytorem — Jakubem Offenbachem. Kilka dziesiątków lat upłynęło od chwili szkoły językowe wrocław, gdy Izaak Eberst, z zawodu czeladnik introligatorski, wyruszył z getta w rodzinnym mieście Offenbach nad Menem, by — wędrując na zachód — szukać szczęścia. Jeśli były gdzie po drodze książki do oprawienia — zarabiał parę groszy, a jeśli nie — śpiewał w święty szabas w domach modlitwy albo przygrywał w niedzielę do tańca w karczmach wiejskich.
| |